1 grudnia o 18:00 zapraszamy na czat poświęcony życiu z hiv/aids. Czat z okazji Światowego Dnia Walki z AIDS >> zapowiedź
English Deutsch Russian



9659654    poradnia.bezpiecznie
III Śr. 15:00 - 17:00
IV Czw. 18:00 - 20:00
II-IV Śr. 18:00-20:00 (dyżur substytucyjny)


II-IV Wt. 19-22,
Czw. I,II 10 - 13
Czw III-IV 13-16

Porady przez e-mail (psycholożka, prawniczka, lek. zakaźnik):
info[at]bezpiecznie.org.pl


Historia Marty

Mam na imię Marta i 39 wiosen na karku, dwie wspaniale córki, z których starsza robi licencjat i wybiera się na studia magisterskie. Ma wspaniałego chłopaka. Młodsza córka zaczęła właśnie gimnazjum. Dziewczynki, pomimo dość ciężkich doświadczeń w dzieciństwie są wspaniałe i mądre.

Od 1989 jestem zakażona wirusem hiv. Opowiem Wam, jak do tego doszło.

Moje dzieciństwo nie było usłane różami. Rodzice dość szybko doszli do wniosku, że nie są w stanie dłużej żyć i mieszkać razem. Po ich rozwodzie zamieszkałam z mamą, ojca widywałam dość rzadko. Nie był typem człowieka, któremu łatwo przychodzi okazywanie miłości. Uważał, że spełniając moje zachcianki, wynagrodzi mi swoją nieobecność.

Odkąd pamiętam, byłam buntowniczką, przeszkadzały mi wszelkie normy, nakazy i zakazy. Gdy miałam 12 lat poznałam „starówkowych” hipisów. Fizycznie, wyglądałam dużo dojrzalej, do tego stopnia, że spokojnie mogłam postarzyć się o kilka lat.

Na Starówce, godzinami przesiadywaliśmy na barbakanie, graliśmy na gitarach, pisaliśmy teksty do własnej muzyki, poezję, czytaliśmy ciekawe tomiki wierszy znanych poetów.

Poznałam wielu fajnych ludzi, czułam się z nimi naprawdę dobrze, czułam się akceptowana, byłam częścią towarzystwa. Ciągle dołączali nowi, kolorowi, ciekawi ludzie.

Poznałam wspaniałego chłopaka, Pawła. Był ode mnie starszy o prawie 16 lat – znalazłam w nim brata, o którym zawsze marzyłam.

Rok wcześniej, zmarła na raka jego siostrzyczka, była w moim wieku… W pewnym sensie, trochę mu ją zastępowałam. Gdy widział, że wagaruję, zgarniał mnie i odwoził do domu. Odrabiał ze mną lekcje, dzięki niemu podciągnęłam się w nauce i zdałam do następnej klasy.

Moja mama odetchnęła. Nie spędzałam tyle czasu poza domem, uczyłam się. Od kilku lat chorowała bardzo, w zasadzie mało wychodziła z domu. Brała prace dorywcze, przepisywała na czysto maszynopisy z różnymi odręcznymi poprawkami po to, by można było złożyć je w drukarni. Z tego, co pamiętam, to albo siedziała przy starej maszynie i pisała, albo leżała w łóżku i musiałam zachowywać się cicho i jej nie przeszkadzać, bo przecież była chora.

Paweł trafił do szpitala. Okazało się, że ma żółtaczkę wszczepienną, że bierze polską heroinę, tzw. kompot. Był od lat głęboko uzależniony, sam sobie robił towar. Tak się mówiło na kompot właśnie. Byłam w ciężkim szoku, zdruzgotana! Nie wiedziałam jak mogę mu pomóc, nie rozumiałam, co jest takiego wspaniałego w ćpaniu, że nie jest w stanie z niego zrezygnować.

Paweł poprosił mnie, bym przekazała klucze do mieszkania, jego wspólnikowi, Arturowi. Artur też ćpał od wielu lat, razem robili towar w Pawła mieszkaniu. Wiedziałam, po co miałam przekazać te klucze.

Strasznie chciałam pomóc Pawłowi. Chciałam zrozumieć, dowiedzieć się, co to jest ta heroina. Wymyśliłam, że póki sama nie spróbuję, nie będę w stanie mu pomóc… powiedziałam Arturowi, że jeśli mi nie da spróbować, nie dam mu kluczy.

Stało się, wzięłam. Bardzo szybko wsiąkłam, zaczęłam brać coraz częściej, po jakimś czasie już codziennie.

Gdy Paweł wyszedł ze szpitala po 8 tygodniach, miał bardzo ciężkie uszkodzenie wątroby – ja z kolei brałam 2 razy dziennie i byłam już w ciągu.

Teraz, po wielu latach wiem, że spokojnie byłabym w stanie wyjść z tego na sucho, bez szpitala, leków… ale wtedy, wydawało mi się, że nie dam rady – już po prostu chciałam brać, podobało mi się, heroina dawała mi spokój, luz. Czułam się po niej wspaniale…

Oczywiście, Paweł wściekł się na Artura, pobili się i wywalił go z domu z zakazem zbliżania się. Wiem, że popełnił błąd pozwalając mi w końcu, po dzikiej awanturze, brać dalej. Myślę, że już nie miał siły szarpać się z małolatą na skręcie… półtora roku później, zmarł.

W tym czasie moi rodzice się zorientowali, że biorę narkotyki. Po półtorarocznym ciągu wylądowałam w dziecięcym szpitalu, na odtruciu. Prosto ze szpitala pojechałam do ośrodka w Zagórzu.

Tak naprawdę, dopiero tam poznałam ludzi, Paweł bardzo mnie izolował od innych narkomanów. W ośrodku dowiedziałam się, co, z czym, najlepiej działa. Po miesiącu uciekłam. Chciało mi się ćpać. Po kolejnym miesiącu, rodzice odwieźli mnie z powrotem do Zagórza. Wytrzymałam 2 miesiące, ale gdy wróciłam do domu, do Warszawy, nie brałam. Utrzymałam abstynencję prawie rok.

W tym czasie poznałam Jarka. Też od 8 miesięcy nie brał. Zakochaliśmy się w sobie. Było nam wspaniale, chcieliśmy być razem do końca życia!

Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę, miałam 16 lat… chcieliśmy tego. Niestety, nasze uzależnienie dało o sobie znać. Dość, że nasza córeczka urodziła się w trakcie naszego wspólnego leczenia w ośrodku, tym razem w Garwolinie.

Była wspaniała! Śliczna brzoskwinka. Spała na brzuszku jak żabka, zresztą tak do niej mówiliśmy… To był wspaniały czas, a przede wszystkim trzeźwy. Byliśmy tam równo rok.

Po powrocie do domu, zaczęły się problemy. Takie zwykłe, całkiem przyziemne – brak pieniędzy, szarość, codzienność… Nie umieliśmy sobie poradzić z tą szarą codziennością. Po raz kolejny wróciliśmy do heroiny.

Moja mama zabrała naszą córeczkę i wyprowadziła się do babci. Wolała pozwolić nam robić towar w domu, przynajmniej nie znikaliśmy na całe dnie, robiąc go u znajomych w niewidomych warunkach.

Był początek roku 1988. Pierwsze doniesienia o hiv, lecz nikt z nas, z naszego towarzystwa nie myślał i nie zastanawiał się nad tym, że może to dotyczyć także nas. W tamtych czasach, mówiło się, że to choroba homoseksualistów. Rzeczywistość dość szybko to zweryfikowała. Okazało się, że kilku naszych znajomych się zakaziło. Wielu się nie przyznawało, tym samym narażając innych. Wiedząc o swoim zakażeniu, nadal brali, często z jednego sprzętu z innymi.

Mieliśmy kolegę, który często bywał u nas w domu. Po zrobieniu towaru, dzieliliśmy się z nim. Któregoś razu, dolał swojej krwi do kieliszka, w którym trzymaliśmy towar. Żadne z nas nie zauważyło tego, że krew nie zdążyła się ściąć. Po kilku miesiącach, przy jakiś badaniach, które musiałam sobie zrobić, okazało się, że wyszedł mi wynik wątpliwy. Kazano mi powtórzyć test po kilku tygodniach – wynik pozytywny…

Zawalił mi się cały świat! Czułam się tak, jak bym już umierała… Jarek też był zakażony.

W pierwszym momencie załamaliśmy się i zaczęliśmy brać bez opamiętania, coraz to więcej i więcej. Po paru miesiącach zgłosiliśmy się na leczenie. Weszła nowa metoda terapii, substytucja Metadonem. Odżyliśmy. Zaczęliśmy dbać o siebie. Codziennie odbieraliśmy swój lek i nie musieliśmy ćpać.

Bardzo często odwiedzaliśmy naszą córeczkę. Strasznie się bałam, że jakimś sposobem mogę ją zakazić – ale tak się nie stało. Obie dziewczynki są zdrowe.

Gdy spodziewałam się drugiego dziecka, zaczęłam brać Retrowir. Dzięki temu, młodsza córka urodziła się jedynie z przeciwciałami, które bardzo szybko zgubiła, dzięki temu jest zdrowa!

Po trzech latach od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy zakażeni, tamten chłopak przyznał się do tego, że z premedytacją nas naraził na zakażenie. Bezczelnie stwierdził, że skoro jego ktoś zakaził, on też będzie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić ile osób w ten sposób potraktował, a przecież w tamtych latach, było to niemalże wyrokiem śmierci.

Jarek, niedługo po tym zmarł. Nie na AIDS, tylko z powodu marskości wątroby.

Był to dla mnie straszny cios. Nie mogłam się pozbierać, otrząsnąć. Jedyny sposób jaki znałam na poradzenie sobie z taką traumą, to ćpanie, do którego znów wróciłam rezygnując z Metadonu. W sumie, dość krótko to trwało. Zaczęłam bardzo podupadać na zdrowiu.

Po raz kolejny weszłam na program metadonowy. Utrzymałam się na nim do dziś, ponad 10 lat. Przyjmuję już zejściowe dawki leku, od pięciu lat jestem na lekach ARV i czuję się wspaniale. Jestem szczęśliwa, mieszkam z młodszą córką i wspaniałym człowiekiem, pracuję i żyję normalnie, jak każdy inny człowiek.

Ponad dwa lata temu, razem z kilkoma znajomymi, założyłam Stowarzyszenie pacjentów substytucyjnych JUMP’93. Powstało po to, byśmy mieli szansę zrobić coś dobrego dla nas samych, ale przede wszystkim, robić coś dla innych, którzy jeszcze nie stanęli na własnych nogach i borykają się ze swym uzależnieniem lub nie potrafią się odnaleźć w trzeźwym świecie.

Stowarzyszenie rodziło się w wielkich bólach, ale w końcu udało się je zarejestrować.

Od tamtej pory prężnie się rozwija. Walczymy o zwiększenie dostępności do leczenia substytucyjnego, by programów, które je prowadzą było coraz więcej, o poprawę jakości leczenia a w końcu, o zmianę podejścia do osób przyjmujących np. metadon. Niestety, bardzo często, w dalszym ciągu, traktowani jesteśmy jak czynni użytkownicy narkotyków. Musieliśmy wielokrotnie walczyć ze stereotypami, które mówią, iż zamieniliśmy jeden narkotyk na drugi, i to na koszt państwa.

W ciągu wszystkich lat brania, nigdy nie pracowałam. Teraz, pracuję w kilku organizacjach, płacę podatki i żyję normalnie! Jeżdżę z dziećmi na wakacje, chodzę do kina, gdy wracam z pracy robię obiad, tak samo, jak miliony ludzi na świecie i ani hiv ani metadon, mi w tym już nie przeszkadzają.

Znalazłam swoje miejsce, swoje zajęcie i jestem dumna, mogąc pochwalić się swoimi sukcesami. Jedne są drobne, jak walka z sobą samą, by gdy mi się czegoś strasznie nie chce, to jednak zrobić coś, przezwyciężyć swoje słabości. Drugie są większe: zaufanie, jakim obdarzyli mnie wspaniali lidzie, specjaliści w dziedzinie leczenia uzależnień, i wybrali mnie na sekretarza Polskiej Sieci ds. Polityki Narkotykowej, w której mam realną możliwość wpływania na kształt rzeczywistości substytucyjnej w Polsce.

Dodatkowo jeszcze, działalność i praca w Stowarzyszeniu, daje mi dużo satysfakcji, każdy najdrobniejszy sukces podnosi moją samoocenę, poczucie wartości i utwierdza poczucie, iż tacy ludzie jak ja, moi znajomi, jesteśmy potrzebni.

W ciągu wieloletniego brania narkotyków, wyrobiliśmy w sobie mechanizm ucieczki, poddawania się przy każdym niepowodzeniu. Nasz słomiany zapał z czasów brania, niestety przekłada się często, na funkcjonowanie na metadonie. Po pierwszym okresie zachwytu nad trzeźwością, następuje nagłe zderzenie z rzeczywistością, nie tak piękną i różową, jak w naszych oczekiwaniach i zbyt często kończy się to nadużywaniem alkoholu, dobieraniem substancji psychoaktywnych, zabronionych na metadonie. Jedni się temu poddają, nie widząc drogi wyjścia, ale są i tacy, którzy potrafią się wyrwać z odrętwienia. Wszyscy, którym zaczęło to przeszkadzać w codziennym życiu, którzy poczuli potrzebę zmiany, odnaleźli się w Stowarzyszeniu, lub przy pomocy rodziny i bliskich, znaleźli odskocznię w postaci pracy czy szkoły.

 

Stowarzyszenie ‘JUMP 93’, współpraca z innymi organizacjami i cele, jakie sobie wyznaczyłam, mobilizują mnie i obligują do pracy nad sobą, a nie tylko na rzecz Stowarzyszenia. Dużym i skutecznym motorem, jest sposób postrzegania nas przez ludzi, z którymi się stykamy. Po wielu latach, gdy patrzono na nas z pogardą, odrazą czy wręcz lękiem, nastąpiła diametralna zmiana, zmiana na lepsze. Teraz jesteśmy traktowani partnersko, z dozą pewnego szacunku, zaufania i pozytywnym nastawieniem. Dzięki temu, iż okazuje się nam zaufanie, tym bardziej krzepnie w nas poczucie obowiązku, a przede wszystkim, podnosi naszą samoocenę i poczucie słusznego wyboru drogi, tym chętniej i rzetelniej pracujemy nad sobą i nad tym, aby nie włączyły się dawne mechanizmy ucieczki. Wydaje się, że im bardziej idziemy do przodu, pomagamy sobie nawzajem rozwiązywać wspólne problemy i przezwyciężamy przeciwności, tym bardziej umacniamy siebie i poczucie własnej wartości, które wreszcie, po tylu latach, zaczyna nabierać odpowiedniego kształtu i staje się całkiem realne.

Myślę sobie, że mam w sobie ogromną chęć życia i wolę walki o coś lepszego i że dzięki temu, iż nauczyłam się żyć z przeszłością, którą już uporządkowałam i z zakażeniem hiv, jestem w stanie wiele dobrego zrobić dla innych, słabszych, bardziej pogubionych, tym bardziej, że kilka lat temu, sama to wszystko przerabiałam na własnej skórze.



Wybierz dzielnicę:
Jaki masz problem?
Kim jesteś?
Dostępność:
Znajdź na mapie