Mam trzydzieści dwa lata, jestem heterykiem, niećpającym, niepijącym i prowadzącym się porządnie dość. Jestem zakażony HIV, przypuszczam ze jakieś 11-12 lat. Ale jak każe tradycja pisarska, zacznę chronologicznie. Urodziłem się przed wojennym stanem, w porządnej katolickiej rodzinie, mieszkającej w małej miejscowości, gdzie największymi atrakcjami kościół były i sklep GS, sprzedający tanie produkty alkoholowe: wino patykiem pisane i piwo Łomża (bynajmniej nie eksport).
Ojciec mój jak na porządnego Polaka, patriotę i katolika przystało, większość dni spędzał pod owym właśnie sklepem, kosztując wspomniane wyżej produkty alkoholowe z nie najwyższej półki. Matka zaglądała pod sklep czasem, jak na porządną katolicką żonę przystało, aby ojca zaciągnąć do domu, co często kończyło się dla niej, reakcją z ojca strony wylewną, czyli polegającą na wylaniu wiadra obelg w jej stronę. Bardzo przeżywałem to wszystko, jako dziecko, w wieku 5-6 lat, odczuwając wraz z matką i młodszym rodzeństwem każdy ciąg ojca, jako centrum i istotę własnego istnienia. Życie w takich warunkach, sprawia że człowiek, rozwija się nieco odmiennie od rówieśników, nie mających takich problemów.
Mój rozwój obfitował w odstępstwa, co skwapliwie zauważał system oświaty, w osobach swoich przedstawicieli zwanych pedagogami i psychologami wystawiając mi coraz to nowe zaświadczenia i w zasadzie tylko do wystawiania zaświadczeń ograniczając swój wpływ na moja osobę. Z biegiem czasu do psychologów doszedł psychiatra, który z kolei specjalizował się w wystawianiu recept, z reguły na barbiturany i benzodiazepiny, sprawiające iż zdarzało mi się przemykać obok rzeczywistości w błogim ukojeniu nerwów za pomocą ciężkich psychotropów. I tak rozwijając się błogo z odstępstwami wyrosłem na piętnastoletniego dyslektyka z ADHD, nerwicą i niekontrolowanymi atakami agresji, leczonego w poradniach wszelkiej maści i szpikowanego psychotropami. Okres edukacji podstawowej zakończyłem jednak o dziwo dość dobrze i rozpocząłem naukę w liceum, gdzie w owych czasach rządziło prawo pięści, trzy paski oraz amfetamina (zwana pieszczotliwie białeczkiem :).
Wspaniały okres, który do tej pory wspominam z rozrzewnieniem i łezką w oku. Ponieważ jestem dość duży, zawsze byłem silny a na dodatek wówczas absolutnie pozbawiony instynktu samozachowawczego, szybko osiągnąłem status lokalnej gwiazdy, budząc grozę na korytarzach szkoły, przyprawiając o dreszcze lamusów wszelkiej maści oraz stając się powoli obiektem westchnień nie najiteligentniejszych ale za to gotowych na dużo szkolnych koleżanek. W sumie nie koniecznie musi to być prawda, bo czasy liceum pamiętam średnio, chyba głównie z powodu takiego, iż byłem wtedy non stop pijany i naćpany. Na jakość wspomnień nie wpływa też dobrze to, iż często byłem również mocno poobijany, starając się jak to tylko możliwe uczestniczyć w każdej rozróbie która odbywała się w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od mojej mieściny. Przypuszczam, że to być może wtedy zakaziłem się wirusem. Uprawiałem dużo przygodnego seksu, z jednorazowymi partnerkami, korzystałem z usług agencji stacjonarnych i przydrożnych, mówiąc w skrócie bawiłem się dobrze. Również to, że często uczestniczyłem w bójkach, często krwawych, mogło być przyczyną mojego obecnego statusu serologicznego. Parę razy zostałem zraniony nożem, kilka razy tępym narzędziem, zawsze było przy tym sporo krwi, nie tylko mojej. Pewności jednak nie mam, kiedy zostałem trafiony i czy na pewno było to wczasach liceum, ponieważ pierwszy test na obecność przeciwciał, zrobiłem dopiero 6 lat temu.
Szkołę średnią, jednak ukończyłem również, chyba dzięki wielości zaświadczeń stwierdzających moje odstępstwa od normalnego rozwoju oraz sympatii Pani pedagog szkolnej często ratującej mi skórę w owych czasach.
Nie za bardzo, wiedząc co ze sobą począć, a będąc jednak dość inteligentnym młodym człowiekiem wybrałem się na studia. Zaliczyłem kilka uczelnianych ośrodków w Polsce centralnej i wschodniej, ostatecznie kończąc edukację bez jakiegokolwiek tytułu, po 7 latach. W czasie tym zaliczyłem również wiele udanych i mniej udanych akcji seksualnych, szybko nabijając licznik partnerek do rzędu setki z dużym haczykiem czy nawet dwóch. Oczywiście, rożnie bywało z kwestią bezpieczeństwa, czasami było bezpiecznie, czasem mniej, a czasem w ogóle. Mam nadzieję, że byłem jednak wtedy zdrowy, ponieważ przy takim trybie życia mogłem nieświadomie zakazić kilka dziewczyn. O tym, że nie było zdrowo, niech świadczy fakt, że w zasadzie chorowałem na wszystkie tradycyjne choroby weneryczne. Fatalne, jest to, że żaden z leczących mnie lekarzy, nie wskazał mi potrzeby zrobienia testu na HIV.
Decyzję o porzuceniu edukacji podjąłem już jednak, z pewnym postanowieniem zmiany. Byłem zmęczony imprezami, dragami i dziewczynami z którymi nawet nie chciało się gadać po wszystkim. Miałem plan. Chciałem założyć firmę, znaleźć żonę, mieć dzieci i zacząć wreszcie żyć jak porządny, dorosły człowiek. Długie studia w kilku miastach, mają tę pozytywna własność iż wiążą się z poznawaniem fajnych ludzi i koniecznością zarabiania na życie. Przez 7 lat zdążyłem zatrudnić się w kilku branżach i nawiązać wiele znajomości, które zaowocowały tym, że szybko rozkręciłem interes, na którym zacząłem zarabiać. Firmę prowadziłem z kolegą, bardzo poukładanym i porządnym oraz żonatym. Żona przyjaciela, pracowała w organizacji pozarządowej z osobami uzależnionymi. Podczas różnych spotkań zdarzało mi się powspominać moją bujną przeszłość. Podczas którejś z przyjacielskich wizyt, usłyszałem, że skoro na poważnie wziąłem się za układanie życia, to może powinienem zrobić sobie test w kierunku HIV. Sprawę, potraktowałem z przymrużeniem oka, ale postanowiłem dowiedzieć się więcej na temat HIV. Zacząłem czytać i trochę się przestraszyłem, ponieważ od jakiegoś czasu dostrzegałem, że dużo choruje, każdą chorobę przechodzę dużo ciężej niż wcześniej i w ogóle, jakoś kiepsko się czuję. Po miesiącu, od wspomnianej rozmowy poszedłem się przetestować. Procedura, fajnie przeprowadzona natchnęła mnie optymizmem, dlatego też wejście do gabinetu lekarza po odbiór wyników było dla mnie dość szokujące. Facet, już od progu wyglądał na przygnębionego (później dowiedziałem się, że był nowy w poradni) i po krótkim tłumaczeniu stwierdził, że mam wynik pozytywny w teście na obecność przeciwciał i muszą mi zrobić kolejne bardziej szczegółowe testy, które już jednoznacznie wykluczą albo potwierdzą obecność HIV we krwi.
Czas oczekiwania na wyniki tego drugiego testu to było najdłuższe kilka dni w moim życiu. Byłem przerażony, nie spałem, nie jadłem, nie chciałem się z nikim spotykać, nagle stwierdziłem, że chyba jednak, zależy mi na życiu którym do tej pory bezmyślnie się bawiłem. Z drugiej strony, cały czas myślałem o tym, że jeśli wynik okaże się pozytywny, to chyba popełnię samobójstwo, bo jaki to wszystko może mieć sens, jeśli człowiek żyje z cieniem śmierci na plecach. Okazało się, że szczęście mi nie sprzyja, wynik drugiego testu, również okazał się pozytywny. Po dalszych badaniach, okazało się, że jestem o krok od zachorowania. Właściwie nie wiem dlaczego, bo naprawdę było mi wszystko jedno czy będę żył czy nie, ale rozpocząłem terapię ARV, parę dni spędziłem w szpitalu. Leki bardzo źle na mnie działały, myślę, że to była kwestia psychiki, bo odczułem na własnej skórze chyba każdy przewidziany skutek uboczny. W terapii byłem rok, odporność znacznie mi wzrosła, wiremia spadła, nie chorowałem. Być może działo się tak dlatego, że przestałem prawie w ogóle wychodzić z domu, miałem depresję i byłem o krok od skończenia z tym wszystkim. Chyba tylko z powodu depresji nadal żyję, bo nie chciało mi się nawet zaplanować własnego zgonu.
Okres totalnego doła trwał jeszcze z rok po zakończeniu terapii. Później zacząłem powoli wychodzić. Pomogli mi przyjaciele i rodzeństwo. Od samego początku świadomego życia z HIV, nie ukrywałem faktu bycia zakażonym. Chyba przyznawanie się do choroby, traktowałem jako fakt pokuty, ale również sprawdzian lojalności wobec bliskich. Jeżeli po wyznaniu traktowali mnie okej, uznawałem że z tymi ludźmi nadal chcę być, jeśli uznawali moje trafienie za problem, zrywałem znajomość. Jedyne osoby z mojego najbliższego otoczenia, które do tej pory nie wiedzą że jestem zakażony to moi rodzice. Chyba nigdy im nie powiem. Są bardzo tradycyjni i konserwatywni, myślę, że nie byliby w stanie przyjąć i zaakceptować tego, że jestem plus. Dla nich ta choroba, jest karą bożą, wyrazem słusznego gniewu Pana, który dotyka nią zwyrodnialców, prostytutki i ćpunów. Nie mam sił ani ochoty, na urealnianie ich wiedzy i prostowanie przekonań, chcę też oszczędzić sobie i im cierpienia i wyrzutów. Myślę, że to dlatego, że ich kocham i w jakimś tam sensie daje im prawo (chyba ze względu na ich wiek) do posiadania nawet tak idiotycznych poglądów.
Fakt wyjścia z depresji, w zasadzie bez jakiś szczególnych działań w tym kierunku z mojej strony, uznaję za efekt ostatecznego pogodzenia się ze sobą i własnym istnieniem w każdym z jego aspektów. Depresja jest chorobą myślenia. Człowiek odczuwa przemożną potrzebę zanalizowania wszystkiego, niestety analizy te przeważnie prowadzą do ponurych wniosków. Moje analizy w pewnym momencie zaczęły prowadzić do wniosków neutralnych, z czasem nawet pozytywnych. Wtedy nadeszła kolej na interwencje farmakologiczną i terapię prozakiem. Nie wiem na ile ten lek działa na ile pomogła moja podatność na efekt placebo, ale zacząłem wracać do życia. Rzadkie na początku spotkania ze znajomymi u mnie w domu, zmieniłem na wyjścia do pubów. Było ciekawie, ponieważ podjąłem decyzję o całkowitym odstawieniu alkoholu, trochę z ciekawości jak to jest nie pić zupełnie, trochę z powodu wskazań lekarzy,. Nie piję do tej pory, parę już lat i jest mi z tym dobrze. Trzeźwość przychodząca, wraz z abstynencją jest naprawdę interesującym stanem. Pierwszym jej objawem, jest nabycie potrzeby konfrontacji z rzeczywistością. Człowiek nadużywający nabiera niesamowitych umiejętności życia w warunkach lekko oddalonych od realności. Niby normalnie funkcjonuje, pracuje, odnosi sukcesy albo nie, je, myśli i sypia, uprawia seks, choruje, jednak wszystkie te fakty przy braku trzeźwości są jakby przysłonięte firanką. Przeżywasz swoje życie, często dramatycznie i w trudnych warunkach, ale znajdujesz się pod wpływem znieczulenia.
Wydaje mi się że klucz, do trzeźwości ukryty jest za słowem „jakieś”. Trzeźwiejąc zaczynasz rozumieć, że już nie da się jakoś żyć, że trzeba żyć tak jak postanowisz. Widzisz że nic się samo nie rozwiąże, jasne zaczyna się stawać to, że rozwiązania leżą w twojej kwestii i mocy. Podejmujesz decyzje, dostrzegasz też że masz prawo i obowiązek podejmować je tylko we własnych sprawach.
Gdy myślę obecnie o swojej młodości, całym tym rozrywkowym stylu życia, bójkach, ćpaniu i ogólnym dążeniu do autodestrukcji, myślę że wszystko to wynikało z faktu niezgody na to jak wyglądało moje dzieciństwo. Myślę, że wystawiając się na ciosy chciałem zabić w sobie zapłakanego z powodu awantury w domu małolata, biednego, zakompleksionego i ciągle zawstydzonego z powodu alkoholizmu ojca dzieciaka. Alkohol i feta bardzo skutecznie mi w tym pomagały, jeszcze lepiej działały w reakcji z adrenaliną czy innymi endorfinami, których zastrzyk zawsze można było sobie przyfundować poprzez wszczęcie rozróby albo bzykniecie jakieś laski w klubowej toalecie. Nie szukam usprawiedliwienia, po prostu dzielę się tym co sobie naiwnie wymyśliłem, może trafnie może nie. Wspominałem o tych wszystkich kwestiach związanych z alkoholem, trzeźwością itd., ponieważ zaczynam dostrzegać, że moje trzeźwienie wynikło z tego, iż jestem zakażony.
Pomimo tego, że już wcześniej zacząłem się podnosić, próbować normalnie żyć, wydaje mi się, że realna zmiana nastąpiła we mnie dopiero po fakcie pogodzenia się z wirusem. Wcześniej, po prostu chciałem poeksperymentować, pobawić się w dorosłość, a jak nie wyjdzie to wrócić do zabawy. Dopiero pogodzenie się z wynikami testu, dało mi impuls do podjęcia faktycznych prób zmiany. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że dopiero jako trafiony, byłem w stanie poważnie pracować, na poważnie się związać z kimś, na poważnie zacząć budować relacje z bliskimi mi ludźmi, pewnie byłem do tego zdolny i wcześniej, ale dopiero impuls w postaci choroby, nasunął mi myśl, że może wszystko to faktycznie warto zacząć robić.
Wróciłem do pracy w firmie którą założyłem wcześniej z kumplem, który obecnie jest już moim przyjacielem, zacząłem się rozwijać, poznawać świat i siebie. Dużo rozmawiam z ludźmi bliskimi i obcymi. Lubię poznawać ich historię, słuchać wniosków do jakich ich doprowadziły. Nauczyłem się słuchać i nie oceniać. Jako dzieciak, odnosiłem się z pogardą do otoczenia, nienawidziłem odmienności. Najchętniej wytłukł bym wszystkich wokół z jakiegoś powodu, tych którzy nie dawali powodu, wytłukł bym tylko i wyłącznie dlatego. Dziś dostrzegam, że ci ludzie którymi kiedyś tak pogardzałem to osoby, które często życie stawia przed trudnymi wyborami, ludzie którzy zmagają się z trudnościami i którym jest ciężko. Jeszcze ciężej przez to, że są postrzegani przez pryzmat idiotycznych stereotypów. Sam, jako były ćpun, pijak i bandzior jestem tego najlepszym przykładem. Pewnie wielu ludzi mnie również postrzega jako zagrożenie i coś niepożądanego, w szczególności biorąc pod uwagę mój status serologiczny. Ale, cóż to jest ich wybór, jak postrzegają świąt i innych. Mi jak już wspomniałem wraz z czasem odeszła ochota na moralizowanie i próby ustanawiania porządku świata pod własne potrzeby.
Kończąc wspomnę tylko, iż obecnie czuję się dobrze. Od kilku lat nie miałem problemów z odpornością, poziom wirusa utrzymuje mi się na stałym niskim poziomie. Żyję z kobieta, która kocham, myślę, że spędzę z nią resztę życia. Ona jest seronegatywna, więc mamy ciekawy i innowacyjny seks, który raczej z założenia nie ma prowadzić ku zapłodnieniu (od dwóch lat w naszym wypadku nie jest to już katolickim grzechem :), WOW!!!). W przyszłości pewnie adoptujemy dziecko, ewentualnie kilkoro. Mam fajną, rozwijającą pracę, sporo wolnego czasu i kilka pasji. Nie myślę o umieraniu, nie odczuwam też lęku związanego ze śmiercią. Dbam o siebie, kontroluje stan zdrowia i mam zamiar pobić rodzinny rekord pradziadka dożywając co najmniej 97 lat.






